Wróciłem! Znowu zaliczyłem dosyć długą przerwę w publikowaniu na moim blogu. Całkowicie wkręciłem się w cykl przygotowań do egzaminu dojrzałości. Co sprawia, że powoli rezygnuje z życia prywatnego na rzecz nauki do upadłego? Strach! Do matury pozostał mi prawie miesiąc, więc rzadziej będę znajdywać czas na moje małe manipulacje.
Dzisiaj chciałbym napisać o ostatniej płycie nowojorskiego zespołu The Strokes, zatytułowanej Angles. Jak ich poznałem? Wszystko zaczęło się od Openera, który zawsze jest źródłem wielu muzycznych podniet i inspiracji. Przed ostatnią edycją śledziłem każde trójkowe ogłoszenia następnych wykonawców. To trzymanie w napięciu przez Mikołaja Ziółkowskiego, szefa Alter Artu potrafi naprawdę zdenerwować. Zapowiedź występu The Strokes na gdyńskiej scenie nie wzbudziła we mnie większych emocji. Kilka dni później miałem okazję przesłuchać Angles i przyznam, że nie porwało mnie. Spodobały mi się może dwie piosenki, a reszta zaczęła się po prostu dłużyć. Julian Casablancas i spółka zostali odesłani gdzieś w głąb mojej muzycznej świadomości, czekając na lepsze czasy. Minęło trochę mniej niż rok i za sprawą You Only Live Once udało im się zainteresować mnie swoją twórczością. Ponownie zaatakowałem Anlges i tym razem byłem zachwycony żywiołowością i bardzo ciekawym brzmieniem ich muzyki. W ostatnią sobotę uratowali mnie przed zaśnięciem podczas porannych wojaży.
Teraz kilka słów o tym co można znaleźć na ostatnim krążku The Strokes. Niestety z braku czasu opiszę tylko kilka utworów. Tych, które najbardziej mi się spodobały. Płyta rozpoczyna się od utworu, który nazywa się tak jak ukryte w Andach miasto Inków, czyli Machu Picchu. W uchu wpada intro, którego dźwięki są obecne w dalszej części piosenki. Przez długi czas była wszystkim co kojarzyło mi się z The Strokes. Dalej jest Under Cover of Darkness, które było singlem promującym tą płytę. Nie ukrywam, że bardzo mi się spodobało. Może nie ma fajerwerków, ale bez wątpienia jest to przyzwoite granie. Kolejny utwór zdarzało mi się słuchać aż do porzygu. Jest to Taken For a Fool, Piosenka odkryta w pewien depresyjny styczniowy wieczór. Chwyciłem tekst, śpiewałem razem z Julianem i wszystkie negatywne emocje wyparowały. Dodatkowo doczekała się klipu, który mi osobiście bardzo przypadł do gustu. Ostatnią piosenką o której chciałbym coś napisać jest Gratisfaction. Cały czas toczy zacięte boje z Mistaken for Strangers zespołu The National o pierwsze miejsce na mojej playliście. Dostarcza mi dużo energii do dalszego pchania maturalnego wózka. Jest to kawał dobrze zrobionego indie.
Celowo nie zagłębiałem się w warstwę tekstową i muzyczną, ponieważ to czyste emocje sprawiają, że z przyjemnością słucham The Strokes. Zachęcam do wysłuchania Angles w drodze do szkoły, na zajęcia lub pracy.
Ostatnio notuje coraz więcej odkryć i spektakularnych muzycznych powrotów. Wiosna. :-)
poniedziałek, 26 marca 2012
sobota, 17 marca 2012
Omdlenie.
Już od ponad tygodnia nie potrafię wygospodarować wystarczająco dużo czasu, aby napisać coś nowego. Nareszcie mamy wyczekany weekend i mogę wypluć z siebie wszystkie uzbierane myśli. Zaczynam!
Chciałbym wrócić do początku wakacji w 2011 roku. Od kilku lat wydarzeniem rozpoczynającym mój wypoczynek jest Opener w Gdyni. Niestety z przyczyn logistycznych i finansowych tym razem mogłem być tylko na pierwszym dniu festiwalu. Nie byłem zbytnio zasmucony tym faktem, bo obsada imprezy była najsłabsza od lat. Magnesem był zespół Coldplay ze swoich pierwszym koncertem w Polsce, na który fani czekali od dawna. Od lat śledzę ich karierę i po prostu musiałem tam być. Mimo, że byłem tylko na jednym dniu to wspominam go jako jeden z najszczęśliwszych w moim życiu. Spacery po miasteczku festiwalowym, leżenie na trawie, koncerty, powrót do domu i wszystko to w wyjątkowym towarzystwie. Przed Coldplay na głównej scenie występował The National. Nie znałem tego zespołu wcześniej, ich nazwa była mi całkowicie obca. Już od pierwszego utworu miło połechtali moją muzyczną wrażliwość. Każdy kolejny sprawiał, że zaczęli mi się coraz bardziej podobać. Ujęły mnie: ich elegancki ubiór, zarost, perkusista podobny do Lennona, bliźniacy grający na gitarach i wokal Matta Berningera. Koncert The National skończył się dla mnie tym, że musiałem przeprowadzić akcje ratunkową. Szybka ucieczka z gęstego tłumu i wszystko skończyło się dobrze. Nie byłem zawiedziony z tego powodu, bo wieczorem czekała rekompensata w postaci pięknego uśmiechu za zasługą Coldplay. Kilka dni później dosłownie rzuciłem się na High Violet, czyli piątą płytę zespołu z Cincinnati.
Kilka słów o płycie, bo to właśnie o niej chciałem napisać. High Violet jest naprawdę udanym krążkiem. Płyta jest równa, spójna i muzycznie dopracowana. Z jedenastu utworów znajdujących się na płycie chciałbym wyróżnić cztery. Anyone's Ghost polecam w aranżacji dostępnej w linku. Gdy słucham tej piosenki to wydaje mi się, że muzyka przemienia się w ciężkie ciemne chmury przykrywające mnie niczym pierzyna. Wokal, przejmujący dźwięk gitary i skrzypce wydobywają ze mnie wiele emocji. Następny utwór nazwą nawiązuje do miejsca powstania zespołu. Bloodbuzz Ohio, które stało się jednym z najbardziej znanych szerokiej publiczności dokonaniem grupy. Nie ukrywam, że to od niej zacząłem szukanie The National w internecie. Wyraźny perkusyjny początek i niesamowity głos Berningera budują napięcie, które znajduje ujście dopiero w instrumentalnym zakończeniu. Conversation 16, które doczekało się naprawdę fajnego teledysku odkryłem ostatnio na nowo. Piosenka posiada wyjątkowo ciekawy tekst, a fraza: ''I was afraid I'd eat your brain, Cause I'm evil'' głęboko zapada w pamięci. Na koniec Vanderlyle Crybaby Geeks, które przypomniało mi się ostatnio przy okazji internetowych poszukiwań. Wykonanie dostępne w linku jest wyjątkowe jak gość, który wspiera The National, czyli Bon Iver. Gdy to odkryłem od razu zacząłem się tym dzielić z innymi wielbicielami takiego grania. Mocną stroną utworu jest piękny tekst i niepowtarzalny wokal. Dzisiaj podczas przygotowywania ogrodu do przywitania wiosny cały czas nuciłem: ''Vanderlyle crybaby cry''.
Na zakończenie chciałbym polecić resztę utworów z High Violet i pozostałą twórczość The National. Z ręką na sercu mogę przyznać, że są dla mnie największym muzycznym odkryciem 2011 roku.
Chciałbym wrócić do początku wakacji w 2011 roku. Od kilku lat wydarzeniem rozpoczynającym mój wypoczynek jest Opener w Gdyni. Niestety z przyczyn logistycznych i finansowych tym razem mogłem być tylko na pierwszym dniu festiwalu. Nie byłem zbytnio zasmucony tym faktem, bo obsada imprezy była najsłabsza od lat. Magnesem był zespół Coldplay ze swoich pierwszym koncertem w Polsce, na który fani czekali od dawna. Od lat śledzę ich karierę i po prostu musiałem tam być. Mimo, że byłem tylko na jednym dniu to wspominam go jako jeden z najszczęśliwszych w moim życiu. Spacery po miasteczku festiwalowym, leżenie na trawie, koncerty, powrót do domu i wszystko to w wyjątkowym towarzystwie. Przed Coldplay na głównej scenie występował The National. Nie znałem tego zespołu wcześniej, ich nazwa była mi całkowicie obca. Już od pierwszego utworu miło połechtali moją muzyczną wrażliwość. Każdy kolejny sprawiał, że zaczęli mi się coraz bardziej podobać. Ujęły mnie: ich elegancki ubiór, zarost, perkusista podobny do Lennona, bliźniacy grający na gitarach i wokal Matta Berningera. Koncert The National skończył się dla mnie tym, że musiałem przeprowadzić akcje ratunkową. Szybka ucieczka z gęstego tłumu i wszystko skończyło się dobrze. Nie byłem zawiedziony z tego powodu, bo wieczorem czekała rekompensata w postaci pięknego uśmiechu za zasługą Coldplay. Kilka dni później dosłownie rzuciłem się na High Violet, czyli piątą płytę zespołu z Cincinnati.
Kilka słów o płycie, bo to właśnie o niej chciałem napisać. High Violet jest naprawdę udanym krążkiem. Płyta jest równa, spójna i muzycznie dopracowana. Z jedenastu utworów znajdujących się na płycie chciałbym wyróżnić cztery. Anyone's Ghost polecam w aranżacji dostępnej w linku. Gdy słucham tej piosenki to wydaje mi się, że muzyka przemienia się w ciężkie ciemne chmury przykrywające mnie niczym pierzyna. Wokal, przejmujący dźwięk gitary i skrzypce wydobywają ze mnie wiele emocji. Następny utwór nazwą nawiązuje do miejsca powstania zespołu. Bloodbuzz Ohio, które stało się jednym z najbardziej znanych szerokiej publiczności dokonaniem grupy. Nie ukrywam, że to od niej zacząłem szukanie The National w internecie. Wyraźny perkusyjny początek i niesamowity głos Berningera budują napięcie, które znajduje ujście dopiero w instrumentalnym zakończeniu. Conversation 16, które doczekało się naprawdę fajnego teledysku odkryłem ostatnio na nowo. Piosenka posiada wyjątkowo ciekawy tekst, a fraza: ''I was afraid I'd eat your brain, Cause I'm evil'' głęboko zapada w pamięci. Na koniec Vanderlyle Crybaby Geeks, które przypomniało mi się ostatnio przy okazji internetowych poszukiwań. Wykonanie dostępne w linku jest wyjątkowe jak gość, który wspiera The National, czyli Bon Iver. Gdy to odkryłem od razu zacząłem się tym dzielić z innymi wielbicielami takiego grania. Mocną stroną utworu jest piękny tekst i niepowtarzalny wokal. Dzisiaj podczas przygotowywania ogrodu do przywitania wiosny cały czas nuciłem: ''Vanderlyle crybaby cry''.
Na zakończenie chciałbym polecić resztę utworów z High Violet i pozostałą twórczość The National. Z ręką na sercu mogę przyznać, że są dla mnie największym muzycznym odkryciem 2011 roku.
czwartek, 8 marca 2012
Kochanka idealna/Walia i Mandarynka
Chciałbym się przyznać do kilkuletniego romansu z muzyką Led Zeppelin. Wszystko zaczęło się od Stairway to Heaven. Wielkiego utworu, który jest tak piękny, że nie potrafię znaleźć słów by go opisać. Warto wspomnieć, że jest jedną z najczęściej zamawianych piosenek w stacjach radiowych. Dodatkowo jego legendę buduje to, że nigdy nie został wydany na singlu. Muzyka Led Zeppelin wzbudza we mnie wiele skrajnych emocji. Od płaczu do euforii. Jest idealna, bo dużo ode mnie nie wymaga i przy tym daje maksimum przyjemności. Nigdy nie zapomnę znalezienia winyla z Physical Graffiti w pewnym moskiewskim mieszkaniu. To był najlepszy relaks jaki mogłem sobie wymarzyć.Ostatnio bardzo często słucham albumu Led Zeppelin III i chciałbym o nim trochę opowiedzieć. Po wielkich trasach koncertowych zespół postanowił zaszyć się w walijskiej wiosce Bron-Yr-Aur i stworzyć coś odmiennego niż bijąca rekordy popularności ''dwójka''. Na płytę składa się 10 utworów. Mamy tutaj trochę hard-rocka i muzyki akustycznej z widocznymi wpływami folku i muzyki celtyckiej.
No i zaczynamy od mocnego uderzenia w Immigrant Song. Zawodzący krzyk Planta i opowieść o wikingach płynących na swoje wyprawy. To z tej piosenki wzięło się nowe określenie na zespół: Młot bogów. Później mamy bardzo przyjemne akustyczne Friends, które jednak nie porywa. Kolejnym utworem jest Celebration day z hipnotyzującą gitarą i naprawdę świetnym tekstem. Teraz wypada ściągnąć czapki z głów, bo zaczyna się Since I've Been Loving You. Wspaniała bluesowa gitara Jimmy'ego, klawisze Johna i przejmujący śpiew Roberta. Według mnie to najlepsza piosenka tej płyty. Traktuje ją bardzo osobiście i często jej słucham (nawet próbuje naśladować wokal). Prawdziwe ukojenie dla zbolałej duszy. Po chwili wraz z Out On The Tiles przenosimy się na inny biegun. Hard-rock i opowieść o tym jak spełniona miłość potrafi napędzać człowieka. Następnie przerzucamy płytę na drugą stronę, która jest w całości akustyczna. Pierwszym utworem jest piosenka ludowa Gallows Pole, w której widać folkowe i celtyckie inspiracje. Słychać w niej wyróżniające się partię banjo i mandoliny. Tangerine, Tangerine, Living reflection from a dream; I was her love, she was my queen, and now the thousand years between. Jest to refren pochodzący z kolejnego utworu: Tangerine. Baza pochodzi jeszcze z czasów gry Jimmy'ego w The Yardbirds. Piosenka o utraconej miłości i nieśmiertelnej nadziei. Polecam zamknąć oczy i wsłuchać się. Ósmym utworem płyty jest spokojne That's The Way. Idealne do maturalnej nauki. Nazwa kolejnego nawiązuje do miejsca powstania albumu. Jest to Bron-Y-Aur Stomp, który szybko stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych piosenek Led Zeppelin. Wyjątkowo dynamiczny i żywy utwór. Album zamyka Hats Off To Roy Harper, które jest hołdem dla Roya Harpera (brytyjskiego muzyka folkowego). Psychodeliczny slide Jimmy'ego Page'a i zniekształcony wokal Roberta Planta kończą ''trójkę" w efektowny sposób.
Według mnie Led Zeppelin III jest dobry na każdy czas. Na gorsze i lepsze chwilę. Jest świadectwem kunsztu muzyków niestety nieistniejącego już Led Zeppelin. Mam nadzieje, że panowie jeszcze zejdą się na kilka koncertów.
poniedziałek, 5 marca 2012
Why Pink Floyd?
Kilka miesięcy temu usłyszałem o najnowszej kampanii wydawniczej Pink Floyd pod nazwą Why Pink Floyd? Obejmuje ona dotychczas niepublikowane archiwalne utwory, zestawy kolekcjonerskie oraz wszystkie zremasterowane nagrania studyjne. Od razu chciałem mieć wszystko, ale niestety całość zamyka się w niebagatelnej sumce. Dlaczego Pink Floyd? Napiszę szczerze, że nigdy nie zastanawiałem się nad odpowiedzią na to pytanie. Obecność ich muzyki w moim życiu stała się swego rodzaju dogmatem. Czymś co było, jest i będzie mi towarzyszyć do końca. Moja przygoda z Pink Floyd rozpoczęła się już w podstawówce. Wtedy jeszcze nieświadomie znalazłem się na początku wielkiej muzycznej podróży. Z roku na rok rozumiałem coraz więcej z tekstów i przesłania utworów. No i zaczęło się!
Dzięki ich muzyce dowiedziałem się czym jest psychodeliczny rock i jakie miał początki. Syd Barrett był dla mnie przestrogą przed szukaniem wyższych stanów świadomości. Później zatopiłem się w tajemniczej i sennej atmosferze, gdzie wolno rozwijające się linie melodyczne sprawiały, że wokal stawał się zbędny. Dowiedziałem się jak daleko można posunąć się w eksperymentowaniu z muzyką. Zjadłem z Alanem psychodeliczne śniadanie i pochyliłem czoło przed wielkością Atom Heart Mother Suite. Odkryłem piękno morskich pejzaży i wzleciałem jak albatros. Zobaczyłem surowe piękno wymarłego miasta wraz z ekipą francuskiej telewizji. Przeniosłem się na ciemną stronę księżyca, aby dowiedzieć się, że w rzeczywistości cały jest ciemny. Razem z muzykami tęskniłem za kimś, kto się zatracił. Chciałem, aby ta osoba była przy mnie. Floydzi pokazali mi, że ludzie są jak psy, świnie i owce. Mur budowany przez Pinka stawał się powoli moim własnym. Nigdy nie miałem odwagi, aby zrobić ostatnie cięcie. Nauczyłem się latać i zawsze żyłem wielkimi nadziejami.
Twórczość Pink Floyd bez wątpienia wpłynęła na moje życie. Uważam nawet, że wykształciła we mnie dużo wrażliwości. Próżno w niej szukać optymizmu czy radości (chociaż są wyjątki). W trudnych chwilach bywa dla mnie wielkim pocieszeniem. Zawsze chciałem się dzielić moją miłością do ich muzyki i wydaje mi się, że kogoś już tym zaraziłem.
sobota, 3 marca 2012
"Listen very carefully, I shall say this only once"
-Niech żyje Francja! Niech żyje de Gaulle! -Niech żyje Francja! Kto to jest de Gaulle?
-Ten z wielkim nosem.
-Niech żyje de Gaulle!
Ostatnio zakochałem się w brytyjskim serialu komediowym 'Allo 'Allo! Produkcja była mi już wcześniej znana z TVP 2 i Comedy Central. Jednak oglądałem tylko pojedyncze odcinki i za bardzo się w to nie wkręciłem. Dopiero jakiś czas temu podczas rozmowy z kumplem przypomniałem sobie o jego istnieniu. Obecnie jestem w połowie trzeciego sezonu, więc serial skutecznie odciąga mnie od nauki.
Serial był emitowany przez stację BBC1 w latach 1982-92. Twórcami byli ojcowie brytyjskicgo serialu komediowego: David Croft i Jeremy Lloyd. Wyprodukowano łącznie 9 sezonów zawierających 85 odcinków.
Akcja rozgrywa się w okupowanej przez Niemców Francji podczas II wojny światowej. Centralnym punktem historii jest kawiarnia Cafe Rene w Nouivion wraz z jej właścicielem Rene Artois. Na nieszczęście głównego bohatera znajduje się on między Niemcami, a francuskim ruchem oporu. Jednocześnie pragnie jedynie spokojnego życia w swojej kawiarni. Zostaje wplątany w ukrywanie dzieł sztuki skradzionych przez niemieckich oficerów oraz w pomoc w ucieczce angielskim lotnikom. Dodatkowo do Nouivion przyjeżdża budzący grozę oficer Gestapo Herr Otto Flick, jednoczący wszystkich w strachu przed swoją osobą.
Praktycznie wszystkie postacie ukazane są w sposób stereotypowy i groteskowy. Francuz Rene przyciąga do siebie kobiety jak magnes, angielscy lotnicy w każdej sytuacji trzymają fason, a niemieccy oficerowie potrafią być na swój sposób okrutni. Oprócz fabuły prawdziwą siłą tego serialu jest język bohaterów. Każdy używa angielskiego z akcentem odpowiadającym jego pochodzeniu. Niestety wersja z polskim lektorem pozbawia nas tej przyjemności. Dodatkowo kilka postaci wypowiada zawsze charakterystyczne dla siebie słowa: angielscy lotnicy: ''Hello!'', LeClerc: ''It is I, Le Clerc!'' i Michelle: "Listen very carefully, I shall say this only once".
'Allo 'Allo! jest wspaniałym przykładem angielskiego humoru. Bardzo odmiennym od sztandarowego Monty Pythona. Myślę, że ten fakt może zachęcić do obejrzenia osoby sceptycznie nastawione do angielskiej szkoły rozśmieszania. Bardzo polecam!
czwartek, 1 marca 2012
ко овде не полу ди тај није нормалан

Z nadmiaru wolnego czasu i na dwa miesiące przed maturą postanowiłem zacząć pisać bloga. Będę tutaj zamieszczał moje przemyślenia praktycznie na każdy temat. Zgodnie z zasadą ''nie znam się, ale się wypowiem'' postaram się podzielić moim zdaniem o tym co wywołuje u mnie emocje.
Zapraszam do odwiedzania i komentowania.
Myślę, że Gorana Bregovica nie trzeba nikomu przedstawiać. Chyba każdy żyjący przez ostatnie 13 lat w Polsce zetknął się z jego muzyką przy okazji jego współpracy z Kayah i Krzysztofem Krawczykiem. Muzyka nagrana z polskimi artystami zdobyła ogromną popularność. Album Kayah i Bregovic osiągnął status diamentowej płyty. Polacy zakochali się w muzyce bałkańskiego tygla.
Od zawsze podobała mi się twórczość Bregovica, ale nie byłem jakimś wielkim fanem. Tuż przed świętami zaczęto puszczać w radiu Nie ma Ciebie i coś mnie tknęło żeby sprawdzić co nowego u Gorana. Trafiłem na album Alkohol. Już na okładce widzimy samego autora z kieliszkami szampana i śliwowicy. Trochę to nam podpowiada jakie są najlepsze warunki do słuchania tego albumu. Mocny alkohol i grupa znajomych, która czuje słowiańskie klimaty.
Chciałbym napisać tylko o trzech piosenkach z tej płyty. Już pierwszy utwór Jeremija wprowadza nas do świata na styku wielu kultur. Pokazuje jak Goran Bregovic sięga i korzysta z dziedzictwa kultury ludowej narodów bałkańskich. Od pierwszych dźwięków Jeremiasz zaprasza do zabawy. Akompaniament Orkiestry Weselno-Pogrzebowej sprawia, że muzykę chłonie się całym sobą. Kolejnym utworem wartym polecenia jest Ruzica, która przewija się cały okres kariery Bregovica. Grał ją z Bijelo Dugme oraz z Kayah (ze zmienionym polskim tekstem). Muzyka i tekst chwytają za serce. Utwór opowiada o bólu po utracie ukochanej osoby. Dla mnie zawsze będzie się kojarzył z pewnym wyjątkowym koncertem, podczas którego miałem okazje wystąpić z przyjaciółmi. Ostatnim utworem o którym chciałbym coś napisać jest Napile se ulice. Jest to kolejna piosenka z czasów Bijelo Dugme, która przywołuje na myśl tradycyjne bałkańskie wesele.
Według mnie Alkohol i pozostała twórczość Gorana Bregovica są godne polecenia. Zawsze gdy słyszę szalony rytm Orkiestry Weselno-Pogrzebowej to serce zaczyna mi mocniej bić. Może to słowiańska dusza się odzywa?
Muzyka Bregovica sprawiła, że ostatnio zainteresowałem się historią narodów byłej Jugosławii i zachęciła do odwiedzenia tamtego regionu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

